niedziela, 20 września 2015

Rozdział 41
Obudziłam się z potwornym bólem głowy.O kurcze wczoraj musiałam nieźle zabalować.Wstałam z łóżka.Kroki,które stawiałam powodowały,że moja głowa zaczęła jeszcze bardziej boleć.Weszłam do kuchni.Chwyciłam za butelkę.Wzięłam łyk wody.Od razu poczułam się trochę lepiej.W ten do pomieszczenia wszedł Kendall
-O wstałaś
-Ciszej mów
-Co skutki wczorajszego picia?
-Musiałam chyba jakoś odreagować twój pocałunek z Sarą
-Mówiłem Ci już,że to ona pierwsza mnie pocałowała
-Kendall widziałam wszystko
-No to źle widziałaś
-Dobrze widziałam
-Dobra mów se co chcesz.Widać,że to i tak nie ma sensu więc...
-Co masz na myśli?
-Odchodzę Lucy.Naprawdę odchodzę
Kendall chwycił nóż.Przestraszyłam się
-Nie rób tego Kendall
-A zrobię
-Kendall opanuj się
-Ha,ha,ha nie.Mówiłem Ci już,że jeżeli jeszcze raz się pokłócimy to odchodzę
Kendall przysunął nóż do swojego brzucha.Krzyknęłam.Spojrzał się na mnie.Łzy stanęły mi w oczach.Podeszłam do niego.Chciałam odebrać od niego nóż,niestety,ale wyrwał mi go z rąk kalecząc mnie przy tym.Syknęłam z bólu.Krew zaczęła sączyć się z mojej rany.Kendall podbiegł szybko do mnie.Łzy popłynęły mi po policzkach.Pobiegłam szybko do kuchni.Wyciągnęłam z szafki apteczkę.Owinęłam sobie rękę bandażem.Otarłam spływające łzy.Wtuliłam się w Kenda
-Przepraszam Cię
-Nic się nie stało,przecież był to wypadek
-No tak,ale wiesz skaleczyłem Cię
-Kendall nie myśl o tym,ważne,że Ci nic nie jest
-Ciekawe
Pocałowałam go.Kendall pogłębił pocałunek.Uśmiechnęłam się lekko
-No bardzo ciekawe kochanie
-......
-Misiaczku
-.......?
-Kendall mówiłam Ci kiedyś,że jesteś moim skarbem?
-Co Ci się wzięło na amory?
-A co nie można?
-Przecież ja nic nie mówię
podeszłam do drzwi.Chciałam je otworzyć,ale drogę zagrodził mi Kendall
-Gdzie się panienka wybiera?
-Muszę iść na chwilę do menadżera hotelu
Zobaczyłam,że Kendall zmarszczył czoło.Zdziwiłam się trochę.Odsunęłam go od drzwi.Otworzyłam je
-Do tego gbura?
-Dlaczego tak o nim mówisz?
-Bo on jest najgorszym człowiekiem jakiego znam
-Zrobił Ci coś?
-No nie,ale...
-A Wy tu czego szukacie?
Przestraszyłam się.Przed sobą ujrzałam mężczyznę w okularach.Był ubrany w marynarkę.Miał plakietkę z napisem menadżer
-Dzień dobry,ja właśnie szłam do pana
-A nie widzisz co ja robię?
-Przepraszam,ale grzecznie powinien się pan odzywać
-Bardzo śmieszne,taka smarkula jak ty nie będzie mówiła mi co ja mam robić
-Jest pan bezczelny
-I kto to mówi?.Niestety,ale muszę już iść.Palmowego dnia życzę
Mężczyzna odszedł.Pokręciłam z niedowierzania głową.Kendall objął mnie w pasie.Prychnęłam na tego gościa
-Kto to był?
-Menadżer Bitters.Zarządza tym hotelem
-Wiem,tylko pytałam się o imię
-Bitters
-Dzięki
-A po co Ci jego imię?
-Chciałam się tylko dowiedzieć ponieważ miałeś rację,że on jest gburem
-A nie mówiłem
-No dobra idę się przejść idziesz?
-A gdzie?
-Nie wiem
-Więc może chodźmy po Logana
-Nie zaczyna się zdania od więc,ale chodźmy
Poszliśmy po Logana.Musieliśmy na niego chwilę poczekać ponieważ go nie było.Po dziesięciu minutach Logan stanął w drzwiach.Był cały zdyszany.Z jego oczu płynęły łzy.Przeraziłam się
-Logan wszystko w porządku?
-Moniki nie ma
-Jak to nie ma?
-Byłem u niej,bo wzięła sobie osobny pokój.Wszedłem bez pukania i co wtedy zobaczyłem?,pusty pokój.Klucz leżał na stoliku
Logan osunął się na kolana.Podbiegłam do niego wraz z Kendallem
-Logan spokojnie powiedz nam czy pokłóciłeś się z Moniką?
-Nie,dlatego nie wiem dlaczego ona zwiała
-Kendall leć po Jamesa,a ja spróbuje go uspokoić
Jak powiedziałam tak też zrobił
(W tym samym czasie Kendall)
Biegłem szybko korytarzem do pokoju Jamesa.Musimy pomóc Loganowi,bo on zwariuje bez Moniki.Nareszcie dobiegłem do pokoju.Cały zdyszany zapukałem do drzwi.Po chwili otworzył mi James.Był w samym ręczniku.Wtargnąłem się do mieszkania
-Może byś się ubrał co?
-Przed chwilą brałem kąpiel.Pali się czy co?
-Nie,ale jest sprawa
-Jaka?
-Logan był u Moniki,ale jej nie zastał.Jej pokój był pusty,a klucze leżały na stoliku
-I to jest ta sprawa?
-Człowieku ona uciekła.Powinniśmy mu pomóc
-A dzwonił do niej?
-Tego to ja już nie wiem,bo Lucy kazała mi po Ciebie przyjść
-Dobra pójdę
-To chodź
-Najpierw to ja muszę się ubrać
(Powracając do Lucy)
Dałam Loganowi soku.Na szczęście się trochę uspokoił.W ten do pomieszczenia wszedł Kendall i James
-No nareszcie co tak długo?
-James musiał ułożyć sobie włosy
-Faceci
-Może zajmiecie się teraz mną?
-Dzwoniłeś do niej?
-No nie
-To na co czekasz Watsonie?
Logan wyjął telefon.Wykręcił numer do Moniki.Niestety,ale nie odbierała.Logan rzucił telefon na podłogę
-No i co kurde?.Nie wiem co jest.Wczoraj jeszcze wszystko było okej
-No to widać,że mamy problem.I to nie mały,tylko duży
Logan oparł głowę o moje ramię.Zaczęłam go głaskać.James zaczął krążyć tu i tam.Wkurzało mnie to
-Przestaniesz w końcu?
-O co Ci chodzi?.ja tu myślę
-No to fajnie myślisz
-Przestańcie do cholery się kłócić.Myślicie w ogóle o Loganie?
Logan wstał i podszedł do Kendalla.Spojrzałam się na niego
-O co Ci chodzi?
-No bo kurde karzesz mi iść po Jamesa,a sama się z nim kłócisz.No sory,ale tym sposobem mu nie pomożecie
-A co Cię wzięło
-Od kilku minut się kłócicie zamiast spiąć dupę i pomóc Loganowi w wyjaśnieniu tej tajemnicy
-No dobrze,a kto zaczął?
-Denerwuje mnie takie chodzenie
-Myślałem
-Ciekawe
-Skończcie się kłócić do jasnej cholery,bo inaczej ja sam mu pomogę
-A proszę bardzo tylko pamiętaj za nic w świecie po mnie nie przychódź,jak nie wyjaśnisz
James wyszedł trzaskając drzwiami.Schowałam twarz w dłonie
-Kurcze nie na widzę tego świata
-Sama jesteś sobie winna
-No super,co jeszcze zrobiłam nie tak?
-Nie pomogłaś mu
-Dobra wiesz co?.Powodzenia w wyjaśnianiu
Tym razem to ja wyszłam.Poszłam tam gdzie gdzie nogi mnie poniosły,czyli donikąd

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz